Ta piękna aktorka to cenny sojusznik Obamy

W kampanię wyborczą Baracka Obamy włączyło się wielu celebrytów. Eva Longoria, aktorka znana z serialu „Desperate Housewives”, została nawet wiceprzewodniczącą jego sztabu wyborczego! Piękna gwiazda ekranu, znana wcześniej z działalności filantropijnej, jest jednym z niewielu  przedstawicieli świata showbiznesu, którzy mają pojęcie polityce  i naprawdę mają coś w tej kwestii do powiedzenia.

Longoria już w lutym zobowiązała się, że będzie organizować spotkania wyborcze w stanach Floryda, Nowy Meksyk, Kolorado i Nevada, które są zamieszkiwane przez duże ilości Amerykanów latynoskiego pochodzenia. Longoria, która sama jest pochodzenia meksykańskiego, stara się przekonać niezdecydowanych wyborców o latynoskich korzeniach do oddania swoich głosów w listopadowych wyborach właśnie na Baracka Obamę.

Longoria na początku września była jednym z mówców podczas krajowej konwencji Partii Demokratycznej w Charlotte w Karolinie Północnej. Ubrana w niebieską suknię mówiła do zgromadzonych na sali delegatów o trudnym dorastaniu w Corpus Christi w Teksasie, wraz z czterema siostrami, w niezbyt zamożnej rodzinie Jej ojciec pracował dla armii, matka była nauczycielką. – W mojej rodzinie był tylko jeden najważniejszy priorytet – edukacja – stwierdziła Longoria, dodając, że z powodu trudności finansowych, musiała pracować w warsztacie samochodowym, w restauracji, a następnie – jako instruktorka aerobiku.

Dlaczego akurat Demokraci, a nie Republikanie? – Mitt Romney podniesie podatki klasie średniej, tylko po to, by je obniżyć ludziom takim jak jego rodzina, lub ja. Nie o to chodzi w Ameryce. Potrzebowałam ulg podatkowych gdy pracowałam w restauracji Wendy’s, by mieć za co studiować, ale nie potrzebuje ulg gdy jestem aktorką! – to właśnie w ten sposób Longoria tłumaczy swój polityczny wybór. Według niej, Republikanie reprezentują głównie bogatych Amerykanów. Longoria podkreśla przy tym wagę oddolnych inicjatyw obywatelskich. Jak oceniła, pieniądze na kampanię wyborczą Obamy wpłaciło 10 milionów osób, podczas gdy na kampanię Republikanów, o wiele większe pieniądze, przeznaczyło tylko 5 milionów osób.

Longoria po raz pierwszy zetknęła sie z polityką w wieku 17 lat. Zgłosiła się jako ochotniczka pracująca na potrzeby pierwszej kampanii wyborczej Billa Clintona, mało znanego wówczas gubernatora Arkansas, ubiegającego się o urząd prezydenta USA. – Byłam zaangażowana w sprawy społeczne, zanim zainteresowałam się wielką polityką. Mój polityczny aktywizm ewoluował z czasem, ale dla mnie to było naturalne – wspomina dziś aktorka, podkreślając potrzebę włączenia się młodzieży w amerykańską politykę. Longoria jest z pewnością cennym nabytkiem dla sztabu wyborczego Obamy; sondaże pokazują, że już teraz chce na niego zagłosować aż 70 proc. mieszkających w USA Latynosów.

Zaskakujący problem seksownej Kim Kardashian

Piękna celebrytka zabrała ostatnio głos w nietypowej sprawie. Przyznała też, że ma z nią poważny kłopot. Wszystko zaczęło się już 4 lata temu. Skąd się wziął „swingerski problem” seksownej Kim Kardashian?

Kim Kardashian ma poważny kłopot z listopadowymi wyborami prezydenckimi w USA. Piękna celebrytka nie wie bowiem, na którego z kandydatów oddać swój cenny głos. Warto jednak podkreślić, że Kardashian rozpoczęła już romans z wielką polityką.

- W 2008 roku głosowałam w wyborach prezydenckich po raz pierwszy. Swój głos oddałam wtedy na Baracka Obamę. Lubię brać udział w podejmowaniu decyzji, ale wcześniej nigdy nie głosowałam; sama nie wiem, dlaczego – mówiła Kardashian w jednym z wywiadów. Seksowna celebrytka zaznacza, że „jest liberalną Republikanką”, ale, póki co, Mitt Romney, nie przekonał jej do siebie. – Chodzi o jego sprzeciw wobec małżeństw homoseksualnych –wyjaśnia Kardashian. Wybór w tym roku jest bardzo trudny, a celebrytka przyznaje: „Nie wiem jeszcze, na kogo zagłosuję”. Niektóre media w odpowiedzi, ze względu na wyborcze niezdecydowanie, nazwały ją „wyborczą swingerką” (od określenia „swing states”).

Na początku września piękna celebrytka wzięła udział w imprezie zorganizowanej przez członków Partii Demokratycznej. Miała ona miejsce w Charlotte, gdzie odbyła się krajowa konwencja Demokratów, podczas której Obama został ponownie oficjalnym kandydatem do walki o Biały Dom.

Kardashian nie wzięła co prawda udziału w samej konwencji, ale impreza była ponoć udana. Warto przy tym zauważyć, że celebrytka pojawiła się w Charlotte bez swojego chłopaka Kanye’ego Westa. I trudno się temu dziwić, ponieważ Barack Obama określił w jednym z wywiadów słynnego rappera mianem „palanta”. Prezydent miał za złe Westowi jego wybryki podczas gal MTV; rapper przerywał je w żenujący sposób, ponieważ nie otrzymał żadnej z przyznawanych tam nagród. Może Kim po prostu obraziła się na Obamę za ten komentarz właśnie daltego waha się, czy na niego zagłosować?

Nazwisko Kardashian pojawiało się już kilkakrotnie w związku z wyborami w Stanach Zjednoczonych. Obama został kiedyś zapytany podczas jednego z talk-show, czy wie, która  z sióstr Kardashian była zamężna zaledwie przez 72 godziny. Prezydent udzielił poprawnej odpowiedzi wskazując właśnie na Kim. Z kolei konserwatywny dziennikarz Rush Limaugh określił prezydenta mianem „Barack Kardashian” zarzucając mu niekompetencję i gwiazdorzenie.

Gwiazda zgasła na oczach 40 mln Amerykanów

Prawdziwym przegranym pierwszej debaty między prezydentem Barackiem Obamą, a kandydatem GOP Mittem Romneyem wcale nie okazał się ten pierwszy. Nie był nim również przedstawiciel Republikanów. Od zakończenia konfrontacji z ust dziennikarzy nie schodzi bowiem nazwisko Jima Lehrera, moderatora panelu. Gwiazda legendy telewizji PBS zgasła na oczach 40 mln Amerykanów oglądających debatę.

78-letni Lehrer prowadzi na co dzień program NewsHour w stacji PBS. Dziennikarz latami budował renomę. W ciągu jednej nocy gwiazda jego ogromnego talentu zgasła. Nie kontrolował debaty, nie udało mu się utrzymać dyskutantów w ramach czasowych, nie naciskał kandydatów, nie zadawał trudnych pytań – takie oskarżenia ze strony kolegów po fachu padały w stronę Lehrera. Co więcej, pozwolił Mittowi Romneyowi narzucać kierunki rozmowy. Media podkreślają, że prowadzącemu, który w swojej karierze prowadził wcześniej 11 debat, nie powinno się to było przytrafić.

„Romney całkowicie przytłacza Lehrera” – pisał na gorąco na Twitterze Aaron Blake z „Washington Post”. Ostrzej zareagował komik Bill Maher. „Hej, Lehrer! To ty jesteś pieprz***m sędzią. Nie pozwól Romneyowi ciebie zwolnić”. W podobnym tonie wypowiedział się Franklin Foer z „The New Republican”. „Największy frajer dnia: Obama czy Lehrer? Jestem niezdecydowany”.

Chłodnej oceny podjął się John Podhoretz z magazynu „Commentary”, który podkreślił, że Lehrer „może okazać się najgorszym moderatorem debat w historii”. Z kolei Piers Morgan z CNN pisał, że to „nie jest debata a grzeczna wymiana poglądów”. „Tu nie chodzi o to, by Jim Lehrer został prezydentem!” – grzmiał w obronie doświadczonego dziennikarza kolega po fachu z NBC Ted Koppel. To jeden z nielicznych głosów solidarności z Lehrerem.

Kolejna debata już 11 października w Danville w stanie Kentucky. Tym razem naprzeciw siebie staną: wiceprezydent Joe Biden i kandydat Partii Republikańskiej na to stanowisko, czyli Paul Ryan. Dyskusję na temat spraw wewnętrznych i zagranicznych poprowadzi szefowa działu korespondencji zagranicznej stacji ABC News Martha Raddatz. Pozostaje mieć nadzieję, że tym razem opinia publiczna nie będzie miała podstaw do krytyki.

Trzy przykre sprawy. Finał mógł być tragiczny

„47 procent”, Bain Capital i zeznanie podatkowe. Te trzy rzeczy mogły pogrążyć Mitta Romneya podczas wczorajszej debaty prezydenckiej w Kolorado. To jednak Republikanin okazał się jej zaskakującym zwycięzcą, bezlitośnie recenzując pierwszą kadencję Baracka Obamy.

Trzeba jednak pamiętać, że amerykański prezydent nie wyciągnął trzech spraw, które stawiają Romneya w bardzo niekorzystnym świetle. Słowa Republikanina o47 procentach Amerykanów, uznających siebie za ofiary i uzależnione do pomocy rządu federalnego” wywołały Ameryce ogromne oburzenie. Przez największe media przelała się fala krytyki, a Romney, zapędzony do narożnika, bez większych sukcesów próbował przekonać opinię publiczną, że zależy mu na dobru wszystkich amerykańskich obywateli.

Przypominane przez media od miesięcy związki Romneya z firmą Bain Capital (w nieco nieuczciwym świetle) miały przekonać wyborców do tego, że Republikanin jest gotów wyeksportować za granicę miejsca pracy i zwiększyć bezrobocie w USA. W dobie kryzysu gospodarczego takie populistyczne argumenty znajdują posłuch nawet w dość rozsądnym amerykańskim społeczeństwie. Z kolei  z zeznania podatkowego Romneya wynika, ze płaci on niższe podatki niż większość Amerykanów, choć taka jest po prostu konstrukcja amerykańskiego systemu podatkowego (na który Republikanin nie miał bezpośredniego wpływu). Hipokryzja mediów nie ma jednak tutaj znaczenia, bo w ostrej kampanii wyborczej na emocje ludzi najmocniej oddziałują właśnie tego typu slogany.

Tak czy inaczej Romney triumfował we wczorajszej debacie nie tylko dzięki przygotowaniu merytorycznemu, ale także dzięki temu, że zmęczony i rozkojarzony Obama nie przypomniał Amerykanom tych trzech niewygodnych faktów. Co więcej, kolejne debaty minimalizują możliwość użycia przez Demokratę tych argumentów, ale nie oznacza to, że Romney może spać spokojnie. Wczorajszy wieczór był przełomem w kampanii wyborczej, ale przed nami kolejne debaty. A wszystko i tak rozstrzygnie się 6 listopada – w dniu wyborów.

Kompromitujące taśmy? Mają „haka” na Obamę

Prawicowe media z Fox News i serwisem The Daily Caller na czele wszelkimi sposobami starają się zbić z tropu sztab wyborczy prezydenta Stanów Zjednoczonych i storpedować jego przygotowania do pierwszej debaty. Chodzi o taśmy z lipca 2007 roku z nagraną mową senatora Obamy na Uniwersytecie Hampton w stanie Wirginia. Autorzy publikacji są pewni siebie – kompletny materiał kompromitujący Obamę nigdy wcześniej nie ujrzał światła dziennego. Czy Romney i jego poplecznicy mają „haka” na prezydenta? Oficjalnie Republikanin odcina się od tych rewelacji, a komentatorzy studzą emocje mówiąc wprost: „to odgrzewane kotlety”.

Na nagraniu Obama grzmi twierdząc, że ówczesny rząd nie zapewnił wystarczającej pomocy dla ofiar huraganu Katrina w Nowym Orleanie w porównaniu do dotacji dla poszkodowanych w wyniku zdarzeń z 11 września 2001 roku. Zdaniem ówczesnego senatora, to wynik rasistowskiego podejścia władzy, której nie interesowała afroamerykańska większość zamieszkująca największe miasto stanu Luizjana. W tym samym przemówieniu Obama podkreślał także oparcie jakie ma w osobie pastora Jeremiaha Wrighta nazywając go swoim „przyjacielem i mentalnym liderem”.

To była kontrowersyjna zagrywka, a karta nie okazała się atutem. W dotychczasowych działaniach pastor był znany z ciętego słownictwa i bezpardonowej retoryki swoich kazań. W 2003 roku oskarżył rząd Stanów Zjednoczonych o zabieranie nadziei i praw swoim obywatelom, którzy zamiast śpiewać „God Bless America” (Boże, pobłogosław Amerykę – tłum. autor) powinni krzyczeć „God damn America!” (Boże, przeklnij Amerykę – tłum. autor). Obama wiedział, że wypowiedzi pastora są co najmniej dyskusyjne. Mimo to, wiele lat wcześniej chciał, by Wright udzielił ślubu jemu i obecnej żonie Michelle. Co więcej, nazwisko duchownego zostało także wymienione w jednej z książek Obamy, który podkreślił zasługi pastora w publikacji. Gdy w 2008 roku pojawiły się zapisy kazań Wrighta, w których mówił, że USA zasłużyły na 11 września, a wirus HIV jest wynalazkiem amerykańskiego rządu służącym do ludobójstwa ludzi o innym niż biały kolorze skóry, Obama zmuszony był odciąć się od wszelkich powiązań z jego osobą.

Prawicowe media twierdzą, że pełny zapis dwóch zupełnie odmiennych opinii Obamy na temat Wrighta dopiero teraz ujrzał światło dzienne. Czy rewelacje posłużą sztabowi Mitta Romneya do wyborczej walki? Sam zainteresowany zdecydowanie odcina się od krążących w politycznych kuluarach plotek. Komentatorzy są zgodni. Rewelacje nie wnoszą niczego nowego. Ta strategia nie przeszkodziła Obamie w ostatecznym zwycięstwie w 2008 roku. Jakie zatem działa wytoczą przeciwko sobie kandydaci podczas pierwszej debaty? Metaforycznym wyrażeniem „have a cigarette” (wypal papieros – tłum. autor) doradcy polityczni zwracają uwagę, że Obama powinien pokazać swobodę i luz – tym bardziej w obliczu zapowiadanego pistoletu oskarżeń Romneya o zły stan gospodarki. Wszyscy jednak liczą, że nabojami w politycznych rewolwerach obu kandydatów nie będą wątpliwego kalibru taśmy wzajemnie obciążające obu panów, ale merytoryczna rozmowa o gospodarce w połączeniu ze szczyptą amerykańskiego dowcipu i polotu.

Dziwny symbol seksu. „Jestem z twoją żoną”

Wiceprezydent USA Joe Biden może stać się tajną bronią Baracka Obamy w walce o Biały Dom. Sztab wyborczy Demokraty uważa, że czar osobisty Bidena może być sposobem na pozyskanie głosów starszych wyborców.

- Przenikliwe niebieskie oczy, szeroki uśmiech, bezpośredniość w kontaktach z ludźmi – wyliczają atuty Bidena eksperci ze sztaby wyborczego Obamy. Wiceprezydent, który w listopadzie skończy 70 lat, odwiedza obecnie tzw. swing states, takie jak Floryda czy Kolorado, próbując przekonać niezdecydowanych wyborców do głosowania na Obamę w wyborach prezydenckich w listopadzie.

Z sondaży wynika, że wśród pań powyżej 65. roku życia prowadzi Mitt Romney. Obama prowadzi jednak we wszystkich innych kategoriach wiekowych – od 18 lat wzwyż. Walka o urząd prezydenta USA jest jednak zacięta, co powoduje, że Demokraci postanowili postawić także na seksapil – i wybrali właśnie Bidena, który ma być ucieleśnieniem tej cechy.

Biden jest bezpośredni w kontaktach ludźmi, nie stroni od całowania kobiet witając je podczas wyborczych spotkań, a czasami nawet z nimi flirtuje. – Biden to klasyczny przykład polityka starej szkoły. Dobrze uzupełnia się z Obamą, który jest świetnym mówcą – mówi Chris Kofinis, odpowiedzialny za strategię medialną Partii Demokratycznej.

W sensie politycznym atutem Bidena jest jego… wiek. Wiceprezydent jest bowiem w takim samym wieku, jak starsi wyborcy, obawiający się, że Mitt Rodney mógłby obciąć wydatki na takie programy takie jak Medicare czy ubezpieczenia społeczne. To dlatego Biden tak często podkreśla konserwatywny fiskalizm obozu Republikanów, próbując przeciągnąć seniorów na stronę Obamy.
- Czy wyobrażacie sobie, żebym ja, albo prezydent, poparł jakikolwiek plan, który doprowadziłby do obciążenia starszych osób kosztami związanymi z wydatkami na zdrowie? – pytał Biden podczas spotkania w domu spokojne starości w Century Village na Florydzie. Słowa wiceprezydenta nawiązują do planów Republikanów, według których program Medicare powinien być współfinansowany w większym stopniu przez seniorów.

Dziennikarze, pisząc o seksapilu Bidena, przywołują pewną anegdotę. Podczas jednego ze spotkań z wyborcami starsza pani wręczyła Bidenowi swój telefon komórkowy i poprosiła, by zadzwonił do jej męża. Kobieta chciała się po prostu pochwalić, że udało się jej chwile porozmawiać z wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych. Biden, który słynie z licznych wpadek, i tym razem popełnił gafę. – Jestem z twoją żoną – powiedział do męża kobiety. Gdy zorientował się w dwuznaczności swoich słów, szybko dodał: „Ale nie jesteśmy sami”. Nie wiadomo jednak, jak mężczyzna odebrał całą wypowiedź Bidena, która, delikatnie mówiąc, nie była zbyt trafna.

Seksowna aktorka przyczyną kłopotów… Romneya

Lindsay Lohan, znana aktorka, słynąca nie tyle z filmowych ról co skandali z jej udziałem, wdała się ostatnio aferę z politycznym podtekstem. Stała się ona bowiem obiektem „napaści” ze strony byłego asystenta polityka z Partii Republikańskiej. Co ciekawe, odprysk skandalu ugodził w… Mitta Romneya.

Do zdarzenia doszło w jednym z hoteli w Nowym Jorku. Lohan twierdziła, że została zaatakowana w pokoju przez mężczyznę, z którym kłóciła się o telefon komórkowy. „Napastnikiem” okazał się 25-letni Christian LaBella, były doradca kongresmena z Partii Republikańskiej.

Po przeprowadzeniu wstępnego dochodzenia przez policję LaBella nie został jednak oskarżony o napaść, w związku z czym obie strony sporu wniosły pozwy wobec siebie. – To oburzające. Lindsay została zaatakowana, a LaBella nie poniósł żadnych konsekwencji – oświadczył później rzecznik aktorki, Steve Honig.

Jak na razie wiadomo tylko, że Lohan i LaBella spotkali się w nocnym klubie, a następnie udali się do pokoju w hotelu, w którym zatrzymała sie aktorka. Lohan zauważyła wtedy swoje zdjęcia na telefonie komórkowym mężczyzny, który wyrwała mu niezwłocznie z rąk, w trakcie szamotaniny LaBella miał popchnąć ją na ścianę. Później Lohan jednak przyznała, że sama odebrała mu telefon siłą.

LaBella był pracownikiem waszyngtońskiego biura Republikanina Johna Shimkusa. Informacje te potwierdził obecny rzecznik polityka, Steve Tomaszewski. Biuro Republikanina oświadczyło tylko, że nie ma już nic wspólnego z 25-latkiem.

Skandal z kłótnią o telefon w pokoju Lohan uderzył jednak w… Mitta Romenya, kandydata Partii Republikańskiej na urząd prezydenta USA. Niektóre media próbowały bowiem łączyć z nim skandal w nowojorskim hotelu. Niektóre media podkreślały, że La Bella to „Republikanin” i „doradca Partii Republikańskiej”, a nawet „doradca partii Mitta Romneya”. Trudno pozbyć się wrażenia, że nie był to przypadek, jako że emocje polityczne w USA sięgają zenitu przed listopadowymi wyborami prezydenckimi, a niektóre media chcą wykazać jak „źli i okrutni” są Republikanie.

Skandal z LaBellą nie był pierwszym wejściem Lohan do wielkiej polityki. Kontrowersyjna aktorka postanowiła bowiem dwa tygodnie temu zabrać głos w sprawie polityki finansowej obecnego prezydenta. Uczyniła to za pośrednictwem serwisu społecznościowego Twitter, gdzie zamieściła prośbę do Baracka Obamy, prosząc o obniżenie podatków dla… milionerów.

Trzy godziny Obamy. Powtórka sprzed 20 lat?

15 października 1992 roku. Debata w Richmond w stanie Wirginia. Naprzeciw siebie stanęli wówczas ówczesny republikański prezydent George H. Bush i ubiegający się o tę funkcję Bill Clinton z ramienia Partii Demokratycznej. Z publiczności pada jedno pytanie, które, jak się później okazało, było punktem zwrotnym całej kampanii wyborczej. „W jaki sposób dług publiczny bezpośrednio dotknął życie każdego z panów? Jaką mają panowie receptę na uzdrowienie gospodarki jeśli związanych z długiem problemów panowie nigdy nie doświadczyli?”.

Zagubienie Busha wykorzystał wówczas Clinton, który spokojnym, ale pewnym krokiem zbliżył się do oczekującej odpowiedzi kobiety i powiedział, że będąc gubernatorem małego stanu (chodzi o Arkansas) wielokrotnie rozmawiał z ludźmi, którzy stracili pracę i przytoczył kilka historii. Wygrała odpowiednia mowa ciała Clintona. Bush spoglądając na zegarek dał się bowiem poznać jako niecierpliwy, wyczekujący końca debaty ze względu na brak argumentów dyskutant.

Amerykańscy komentatorzy polityczni podkreślają, że podobnie jak w 1992 roku Bush, tak obecnie również Obama będzie podczas pierwszej debaty pod ostrzałem Mitta Romneya. Zgadza się z tym nawet David Axelrod, doradca obecnego prezydenta podczas kampanii wyborczej, który uważa że były gubernator stanu Massachusetts będzie „przygotowanym, zdyscyplinowanym i agresywnie nastawionym dyskutantem”. Powściągliwa w ferowaniu wyroków jest z kolei Beth Myers, doradca Romneya, która podkreśla, że „prezydent Obama ma nadzwyczajne zdolności oratorskie i jest jednym najbardziej utalentowanych politycznych mówców obecnych czasów”.

Jedno jest pewne. Obama stoi przed wielkim wyzwaniem. Romney będzie atakował prezydenta, twierdząc że, pomimo szumnych zapowiedzi, nie wyciągnął USA z gospodarczej zapaści, a wzrastające słupki procentowe bezrobocia to kolejna łyżka dziegciu do ekonomicznego sosu problemów obecnego prezydenta. Jak ze swojej strony podkreśla Brad Woodhouse, rzecznik komitetu krajowego Partii Demokratycznej, ze względu na codzienne obowiązki, Obama będzie miał tylko trzy godziny na przygotowanie do debaty. Co więcej, Obamie nie sprzyjają również statystyki. Z sześciu ostatnich debat prezydenckich, w ocenie opinii publicznej i komentatorów lepiej wypadali tzw. „challengerzy”, czyli przeciwnicy urzędującego prezydenta ubiegający się o Biały Dom.

Szalę zwycięstwa w pierwszej debacie przechyli ten, kto pokaże, że rozumie problemy zwykłych ludzi. „Diabeł tkwi w szczegółach” – twierdzą eksperci od wizerunku politycznego. Romney nie pozwoli sobie na to, by nazwać Obamę „kłamcą”, mimo że będzie starał się udowodnić, że jego obietnice nie znalazły odzwierciedlenia w rzeczywistości. Jednakże, w obliczu ujawnienia taśm obciążających Romneya, to kandydat Partii Republikańskiej może mieć z tym większy kłopot. Będzie musiał wejść na wyżyny swoich umiejętności oratorskich, które niejednokrotnie są poddawane w wątpliwość. Złośliwi dodają, że im więcej pokazuje się w mediach, tym jego poparcie… spada.

Trzy godziny, które będzie miał Obama na przygotowanie się do debaty, to jednak nie wyjątek w historii. W 1976 roku, w dniu debaty na temat spraw zagranicznych między ówczesnym prezydentem Geraldem Fordem a Jimmy Carterem, ten drugi wezwał Zbigniewa Brzezińskiego do San Francisco, by w ostatniej chwili jeszcze raz omówić strategię. Brzeziński bowiem w pełni przygotował wystąpienie Cartera, który nie znał się na polityce międzynarodowej. Amerykanina polskiego pochodzenia zdziwił widok urodzonego w stanie Georgia Cartera, który przywitał go… boso i w dżinsach. „Pamiętaj, że twoim audytorium jest naród, a nie osoby prowadzące dyskusję” – powiedział Brzeziński. Wtedy ta rada pomogła. Pomogła także Obamie w 2008 roku. A teraz?

Szokująca reklama ze śmiercią w tle

Stephen Barton, który przeżył masakrę podczas premiery filmu „Mroczny Rycerz Powstaje” w kinie w Kolorado, wystąpił w kontrowersyjnej reklamie telewizyjnej. Celem reklamy jest zmuszenie Baracka Obamy i Mitta Romneya do zajęcia się podczas pierwszej debaty wyborczej kwestią dostępu do broni palnej. Barton mówi, że jego obowiązkiem jest teraz zabranie głosu w tej dzielącej Amerykanów kwestii.

Podczas lipcowej masakry w kinie na przedmieściach Denver śmierć poniosło 12 osób, a 58 zostało rannych. James Holmes, sprawca masakry, przebywa obecnie w areszcie, oczekując na proces.

- Latem podczas seansu w kinie, zostałem postrzelony w twarz i w szyję. Ale ja miałem szczęście. W ciągu następnych czterech lat 48 tysięcy Amerykanów takiego szczęścia mieć nie będzie, bo zostaną zamordowani strzałami z broni podczas kadencji następnego prezydenta – mówi Barton w reklamie. – Taka ilość ciał wystarczy, by wypełnić 200 kin. A więc, gdy będziesz oglądał prezydencką debatę, zapytaj siebie: „Kto ma plan powstrzymania przemocy z użyciem broni palnej?” – dodaje.

Reklama została sfinansowana przez organizację Burmistrzowie Przeciwko Nielegalnej Broni. Utworzył ją burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg. – Mam nadzieję, że problem broni palnej zostanie poruszony przez Obame  i Romneya podczas pierwszej debaty,  do której dojdzie we środę – oświadczył. Na miejsce debaty wyznaczono właśnie Denver; studio, którym ona się odbędzie, znajduje się w odległości zaledwie 15 km od miejsca lipcowej masakry.

- Domagamy się, by Obama i Romney przedstawili plan działania, zaprezentowali coś więcej niż tylko slogany i uczcili ofiary minutą ciszy – powiedział Barton w wywiadzie dla CNN. Udział Bartona w kampanii to wynik zabiegów polityka Partii Demokratycznej, Richarda Blumenthala z Connecticut. – Mam nadzieje, że prowadzący debatę Jim Lehrer zapyta Obamę  i Romneya o sprawy ewentualnych obostrzeń przy nabywaniu broni – podkreślił.

Barton przyznaje, że sprawa dostępu do broni nie zdominuje kampanii wyborczej, ale uważa, że władze mogą zrobić więcej w zakresie kontroli handlu bronią. – Nasze prawo nie działa. Nie możemy dawać broni każdemu, musi być jakiś lepszy sposób – mówi. A co jutro powiedzą o tym Obama i Romney?

„Kiedy pieniądze mówią, ja słucham”

To może być ogromny cios dla kampanii wyborczej Mitta Romneya. Część bogatych darczyńców, którzy obiecali wesprzeć swoimi pieniędzmi jego kampanię prezydencką, zmieniła niespodziewane zdanie i wycofała się ze swoich wcześniejszych obietnic. Zamiast przekazać fundusze na konto sztabu Romneya, darczyńcy zdecydowali się wesprzeć swoimi pieniędzmi kampanie wyborcze Republikanów ubiegających się o miejsca w Kongresie. Jak ocenili, to kandydaci na senatorów i reprezentantów mają większe szanse w listopadowych wyborach niż Romney!

Informacje o zaskakującym kroku darczyńców pochodzą ze „źródeł bliskich Republikaninowi”. Brak wiary w jego szanse na miesiąc przed wyborami może mieć katastrofalne psychologiczne skutki dla tych wyborców, którzy wciąż wahają się na kogo oddać swój głos. Innymi słowy – decyzja darczyńców, która już poszła w media, może oznaczać, że Romney straci szanse na pozyskanie wyborców w tzw. swing states, których zdobycie jest kluczowe w walce o Biały Dom; bez tych wyborców jesienią Romney może co najwyżej pojechać do Disneylandu, a nie do Waszyngtonu.

“Kiedy pieniądze mówią, ja słucham” – tak mówi każdy kandydat w wyborach, który potrzebuje funduszy na prowadzenie kampanii. I nie ma w tym nic niemoralnego – oczywiście, jeśli tylko wszystko jest zgodne z prawem. Walka o pozyskanie funduszy trwa od maja. Początkowo prowadził w niej Romney, Obama przeskoczył go dopiero w sierpniu. Tak czy inaczej, sumując wszystkie miesiące, okazuje się, że sztab wyborczy Romneya zgromadził aż 10 razy więcej środków niż Demokrata.

Dzisiejsza decyzja darczyńców, których pieniądze będą potrzebne w ostatnich tygodniach wyborczej walki, zakrawa więc na ironię. Ale jeszcze większą ironią byłby fakt przegranej Republikanina w listopadzie, pomimo zmasowanych wydatków na wiece i reklamy wyborcze; tym bardziej, że Obama nie mógł sobie pozwolić na prowadzenie kampanii  z takim rozmachem, jak Romney.

Według ogólnokrajowych sondaży, Barack Obama może liczyć na 49 proc. głosów, a Mitt Romney – na 47 proc. Wycofanie się czołowych sponsorów w takim momencie jest zaskakujące o tyle, że walka jest dość wyrównana, a Romney, pomimo rażących wpadek w ostatnich tygodniach, nadal ma szanse w walce o urząd prezydenta USA. Wybory rozstrzygną się 6 listopada, a różnica w sondażach, oscylująca wokół granicy błędu statystycznego, z pewnością nie oznacza automatycznego końca marzeń Republikanina o Białym Domu.

Romneyowi potrzeba teraz tylko jednego – pieniędzy, pieniędzy i jeszcze więcej pieniędzy. No i oczywiście celnego punktowania Obamy podczas telewizyjnych debat, których seria zaczyna się już jutro.

  • Przemysław Henzel

    Image and video hosting by TinyPic
    Dziennikarz Onetu, amerykanista. Fan piłki nożnej, hip-hopu i Bon Jovi. Jak film to z udziałem Charlize Theron.
  • Kalendarz

    Październik 2017
    P W Ś C P S N
    « cze    
     1
    2345678
    9101112131415
    16171819202122
    23242526272829
    3031