Tajne zeznania Romneya. Co w nich jest?

Słynna prawniczka Gloria Allred, znana z działalności na rzecz Partii Demokratycznej, podjęła się ujawnienia zeznań Mitta Romneya. Dotyczą one rozwodu Toma Stemberga, założyciela firmy Staples. Romney złożył wspomniane zeznania, dotyczące kwestii finansowych,  w 1991 roku. Firma Staples została założona dzięki funduszom Bain Capital, której Republikanin był kiedyś prezesem.

Allred słynie z prowadzenia spraw najsłynniejszych Amerykanów, głównie ze świata showbiznesu. Jest ona także znana ze związków z prezydentem Barackiem Obama. Na początku września prawniczka wzięła udział w konwencji Partii demokratycznej na Florydzie; ostatnio pojawiał się na gali w Los Angeles, gdzie zbierano fundusze na rzecz sztabu wyborczego prezydenta.

Robert Jones, prawnik Romneya, zapowiedział ,że prawdopodobnie nie wniesie sprzeciwu, ale chciałby zapoznać się wcześniej z zapisem zeznania. Stemberg zresztą był jednym z gości na konwencji krajowej Partii Republikańskiej pod koniec sierpnia.

Brian Leary, prawnik Stemberga, mówi enigmatycznie, że w zeznaniach Romneya „nie ma nic lubieżnego, ale sam rozwód jest wysoce kontrowersyjny”.

Choć w sprawie ujawnienia zeznań Romneya nie ma większych kontrowersji, to część komentatorów ocenia, ze sprawa ma wyraźny podtekst polityczny – z uwagi na koneksje Allred i Stemberga.

To miała być „wyborcza bomba”.Jest ultimatum

Donald Trump oświadczył we środę, że jeśli prezydent Barack Obama ujawni swoje dokumenty dotyczące nauki i podanie o paszport, to wpłaci 5 milionów dolarów na konto organizacji charytatywnej, którą wskaże prezydent. Miliarder zapowiedział wcześniej, że ma zamiar ujawnić „prawdziwą bombę”  na temat Obamy, która zmieni losy kampanii wyborczej. Po wczorajszym ogłoszeniu Trump został wyśmiany w amerykańskich mediach.

Trump złożył swoją propozycję za pośrednictwem  serwisu Twitter. Na zamieszczonym tam nagraniu wideo Trump mówi, że Obama ma czas do 31 października do godziny 17. – Mam nadzieję, ze prezydent nie odmówi – podkreśla miliarder w zamieszczonym na Twiterze nagraniu wideo.

Dlaczego Trump zdecydował się na złożenie takiej oferty Obamie? Jak sam mówi, dokumenty Obamy nie są „przejrzyste”. – Jeśli Barack Obama ujawni te dokumenty skończy się sprawa, która doprowadziła do złości wielu Amerykanów. Będę szczęśliwy jeśli będę mógł przekazać obiecane pieniądze na cele dobroczynne –dodał.

Wezwanie Trumpa to pokłosie wezwań o ujawnienie przez prezydenta Obamę aktu urodzenia w pełnej formie. Wcześniej prezydent USA ujawnił tylko skróconą wersję aktu urodzenia, co wywoływało spekulacje, iż mógł urodzić się on poza terytorium USA; gdyby tak się stało, Obama nie mógłby sprawować urzędu prezydenta. Narastająca w mediach debata sprawiał, że Obama dwa lata temu zaprezentował w końcu publicznie swój akt urodzenia. Część osób, określanych mianem birthers (wśród których jest także Donald Trump) twierdzi jednak nadal, że prezydent nie zaprezentował wszystkich dokumentów, które mogłyby rozwiać ostatecznie wątpliwości; to dlatego, co jakiś czas, Obama jest wzywany o ujawnienie dokumentów dotyczących jego edukacji i wniosku o paszport.

Podejrzane listy do wyborców

Kilkudziesięciu wyborców na Florydzie otrzymało tajemnicze listy, w których zostali poinformowani, że zakwestionowano ich udział w wyborach ze względu na wątpliwości dotyczące obywatelstwa. Jeśli takie osoby oddałyby głos, groziłoby to postawieniem im oficjalnych zarzutów, a nawet karą więzienia. Republikanie oceniają, że jest to próba zastraszenia wyborców; w sprawie trwa już śledztwo.

John DeAngelis, jeden z wyborców, który otrzymał taki list, mówi ,że tego typu depesze mogą powstrzymać od udziału w wyborach część osób, które będą obawiały się ewentualnych sankcji prawnych za oddane głosu.

Jak na razie ustalono, fałszywe listy zostały nadane w Seattle. Przedstawiciele władz na Florydzie proszą obywateli o czujność i zapewniają, że nie należy wierzyć w treść tych listów. Listy trafiły do domów w 23 hrabstwach Florydy.

Ryan Williams, rzecznik sztabu wyborczego Mitta Romneya,  powiedział,  że jest zaniepokojony zaistniałą sytuacją. – Jeśli ktokolwiek uważa, że otrzymał podejrzany list, powinien natychmiast skontaktować się z lokalnymi urzędnikami odpowiedzialnymi za przeprowadzenie wyborów – podkreślił.

Floryda, która ma 29 głosów elektorskich,  jest jednym z najważniejszych stanów w tegorocznej kampanii wyborczej.

„Konie i bagnety” na debacie w Boca Raton

Barack Obama i Mitt Romney podczas ostatniej debaty prezydenckiej w Boca Raton na Florydzie byli wyjątkowo zgodni, jeśli chodzi o priorytety polityki zagranicznej USA. Ale oczywiście absolutnej zgody być nie mogło. Demokrata Republikanin poróżnili się co do kwestii wydatków na obronność Stanów Zjednoczonych. Romney wytknął Obamie, że ten wydaje zbyt mało pieniędzy na Marynarkę Wojenną.

- A wiec mówi Pan, że mamy mniej statków niż w 1917 roku… Cóż, panie gubernatorze, mamy także mniej koni i bagnetów – odciął się w ironiczny sposób Obama. – Mamy lotniskowce z samolotami na pokładach, ma też takie statki, które pływają pod wodą, czyli łodzie podwodne – dodał uszczypliwie. – To nie jest gra w statki! Tu nie chodzi o ich liczbę, ale o ich potencjał – odpowiedział zdecydowanie Romney.

Zabawny, w mniemaniu Obamy , komentarz obrócił się jednak przeciwko niemu. W czasie debaty na Twitterze pojawiło się ponad 6,5 mln wpisów, z  czego większość – właśnie po słowach na temat koni i bagnetów. W sieci bardzo szybko pojawiło się nawet kilka stron poświęconych tej  tematyce.

Dopiero po debacie przystąpiono do sprawdzania stanu faktycznego. Prawie natychmiast użytkownicy Twittera przypomnieli, że bagnety są nadal używane podczas szkoleń przez amerykańskich żołnierzy, w tym m.in. formację Marines.

Choć zdecydowana większość osób traktuje słowa Obamy z lekkim przymrużeniem oka, to znalazły się jednak także głosy pełne oburzenia. Wystarczy tu przytoczyć chociażby komentarz gubernatora Wirginii Boba McDonella, który powiedział: „Słowa prezydenta Obamy o koniach i bagnetach są obrazą dla każdego marynarza, który przedkłada swoje życie nad obowiązek służby swojej ojczyźnie”.

Wygląda na to, że, w ciągu godziny, „konie i bagnety” stały się już jednym ze znaków firmowych tegorocznej kampanii wyborczej – oczywiście obok słynnej wypowiedzi Romneya na temat „segregatorów pełnych kobiet”.

Dziennikarz uratował honor swoich kolegów

Bob Schieffer, dziennikarz, który moderował ostatnią debatę prezydencką, wypadł zdecydowanie lepiej, aniżeli trójka jego poprzedników. Jim Lehrer, Martha Radatz i Candy Crowley, którzy prowadzili trzy pierwsze debaty (dwie debaty prezydenckie i jedną debatę wiceprezydentów) zebrali bowiem ostre cięgi od osób śledzących amerykańskie wybory prezydenckie.

Schieffer, pracujący w telewizji CBS, poradził sobie dobrze, biorąc pod uwagę, że wczorajsza debata na Florydzie była ostatnim pojedynkiem pomiędzy Obamą a Romneyem. 75-latek zachowywał się jak profesjonalista nie przeszkadzając obu kandydatom, dbając o nieprzekraczanie czasu przeznaczonego na ich wypowiedzi i nie skręcając debaty jakąkolwiek stronę ideologiczną. Jest to tym bardziej ważne, że część komentatorów obawiała się, że znany dziennikarz może dać wyraz swoim politycznym sympatiom, z uwagi na znajomości z rodziną George’a W. Busha. Takie obawy okazały się jednak bezpodstawne, a cała debata była bez wątpienia najlepiej prowadzonym wyborczym pojedynkiem  w toku tegorocznej kampanii wyborczej.

A czym na ostrą krytykę opinii publicznej narazili się koledzy Schieffera po fachu? Powodów było sporo, po krótce wypada przypomnieć, że Lehrer i Raddatz nie panowali nad zbyt żywiołowym zachowaniem kandydatów, a Crowley wypaczyła wynik debaty na rzecz Baracka  Obamy. Część komentatorów przypomina, że w czasie pierwszych trzech debat to Barack Obama Joe Biden otrzymali od prowadzących więcej czasu na odpowiedzi, aniżeli Mitt Romney i Paul Ryan.

Schieffer nie był idealny, czasami sprawiał nawet wrażenie, jakby go nie było w studio, bo nie chciał za wszelką cenę wchodzić w słowo swoim gościom. Obama, co prawda, uzyskał 35 sekund więcej czasu na swoje wypowiedzi, ale, pomimo to, poruszono wszystkie zapowiedziane tematy. Zdecydowana większość ekspertów nie ma żadnych wątpliwości – Bob, to był kawał dobrej roboty.

USA mają kłopot z ważnym sojusznikiem

Ostatnia debata prezydencka pomiędzy Barackiem Obamą a Mittem Romneyem już za nami. Według większości sondaży to starcie wygrał zdecydowanie obecny prezydent. Trudno jednak nie zauważyć, że Obama starał się pominąć niewygodne dla niego fakty, takie jak np. kryzys w relacjach z Pakistanem, jednym z  czołowych sojuszników USA w wojnie z terrorem.

Podczas debaty Obama nie wspominał zbyt dużo o rozszerzeniu frontów wojny z terrorem, co przyniosło kolejne spory z tak ważnym sojusznikiem jak Pakistan. Jest to wynik polityki Obamy, którą ten zapowiedział już cztery lata temu. Doszło do tego w trakcie walki o Biały Dom, którą Demokrata toczył wtedy z Johnem McCainem. Wtedy to Obama oświadczył, że jeśli Amerykanie będą musieli zaatakować terrorystów na terytorium Pakistanu, to uczynią to nawet bez zgody władz w Islamabadzie.

McCain dziwił się w czasie jednej z debat, że Obama otwarcie ogłasza brak poszanowania dla suwerenności terytorium amerykańskiego sojusznika. Obama jednak, jak powiedział, tak zrobił. Od dłuższego czasu kością niezgody pomiędzy Waszyngtonem a Islamabadem są naloty przeprowadzone przez amerykańskie drony startujące z baz w sąsiednim Afganistanie oraz jednostronna akcja komandosów Navy SEALs, którzy w zeszłym roku zlikwidowali Osamę bin Ladena.

Przepowiednia Johna McCaina sprzed czterech sprawdziła się więc w 100 procentach, a jej skutkiem jest najgłębszy od lat kryzys w relacjach USA-Pakistan. Eksperci nieśmiało przypominają, że bez poparcia Islamabadu Amerykanie mogą zapomnieć o zniszczeniu talibów, którzy ostatnio podnieśli wyżej głowy i nasili ataki wzdłuż niebezpiecznego pogranicza. O tym  czasie ostatniej debaty było słychać bardzo mało. Mitt Romney co prawda ostrzegał o tym, że już niedługo pakistański rząd może stracić kontrolę nad krajem, ale, póki co, raczej nikt nie jest przygotowany na taką ewentualność.

Uprawiał orzeszki ziemne. Został prezydentem

Nie miał prawa przegrać. „Jest jak osiemsetfuntowy goryl, który robi, co mu się podoba” – mówił jeden ze współpracowników prezydenta. Gerald Ford miał wygraną w debacie o sprawach zagranicznych w kieszeni. Nie wierzono, że nieznany nikomu „peanut farmer from Georgia” (uprawiający orzeszki ziemne farmer ze stanu Georgia) będzie w stanie zagrozić amerykańskiej głowie państwa. O Jimmym Carterze pisano z przekąsem Jimmy „The Who?” (Jimmy „Kto?”). Nikt się jednak nie spodziewał, że jedno zdanie wypowiedziane w czasie debaty o sprawach zagranicznych będzie w stanie zmienić bieg kampanii.

Debata przyciągnęła tłumy. Padł rekord

Jest 1976 rok. Zimna wojna trwa w najlepsze. Obóz Jimmy’ego Cartera ze Zbigniewem Brzezińskim na czele, doradzał kandydatowi Partii Demokratycznej podkreślanie tzw. trzeciego koszyka helsińskiego Aktu Końcowego Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie z 1975 roku i niewykorzystanie stwarzanych przez niego możliwości przez Partię Republikańską. Poszanowanie praw człowieka miało stanowić poważny argument, że w owym czasie, zdaniem Brzezińskiego, strefy wyłącznych wpływów nie miały już historycznego uzasadnienia. Terminu „trzeci koszyk” nie znało większość Amerykanów, dlatego w tym upatrywano szansę Cartera.

Konfrontację w San Francisco miało obejrzeć między 80 a 100 mln Amerykanów. Łącza satelitarne powiększyły widownię do 300 mln ludzi na całym świecie. Od czasów lądowania Neila Armstronga na Księżycu, żaden program nie przyciągnął liczniejszej widowni.

Wpadka i głęboki oddech tłumu

Prowadzący debatę Max Frankel był wcześniej korespondentem „New York Timesa” w Moskwie. Brzeziński słusznie przewidział, że jeśli Carter wspomni o „trzecim koszyku”, dziennikarz zapyta Forda o linię obrony w kwestii polityki „detente” („odprężenia”). Wydawało się, że to będzie najmocniejsza broń urzędującego prezydenta. Nikt, nawet sztab wyborczy Demokratów, nie spodziewał się, że kilka chwil później jedno zdanie zmieni bieg kampanii i sprawi, że Jimmy „The Who?” przechyli ostatecznie szalę wyborczego zwycięstwa na swoją stronę.

- Nie ma żadnej radzieckiej dominacji w Europie Wschodniej i w czasie administracji Forda jej nie będzie – powiedział prezydent. Po wypowiedzi Forda zapadła cisza. Obserwujący z boku doradca Republikanów Brent Scowcroft ponoć zbladł. James Naughton z „New York Timesa” napisał, że „można było usłyszeć głęboki oddech” tłumu. Frankel z niedowierzaniem zapytał, czy dobrze zrozumiał, że Sowieci nie wykorzystują Europy Wschodniej jako swojej strefy wpływów. Ford pogrążył się twierdząc, że nie wierzy w to, że Polacy uważają się za naród zdominowany przez Związek Radziecki. Plany ukazania Cartera jako tego, co nie zna się na sprawach zagranicznych legły w gruzach.


Nie ma o co walczyć?

Trudno przypuszczać, że w ostatniej debacie prezydent Obama lub Mitt Romney popełnią podobną gafę. Wtedy był jeden główny temat: Związek Radziecki. Dziś Romney może zaatakować prezydenta obarczając go winą za śmierć ambasadora USA w Libii i zbyt łagodną politykę wobec Iranu. Z kolei Obama zapewne podkreśli realizację swoich obietnic z 2008 roku. Chodzi o zakończenie wojny w Iraku, stopniowe wycofywanie wojsk z Afganistanu do 2014 roku i eliminacja grupy terrorystów z Osamą Bin Ladenem na czele. Problem ostatniej debaty może jednak polegać przede wszystkim na tym, że w wielu kwestiach dotyczących spraw zagranicznych, poglądy obu obozów są zbieżne. Jest więc o co się wykłócać?

Seria wpadek podczas debat

Dziś wieczorem odbędzie się ostatnia debata prezydencka, której tematem będzie polityka zagraniczna. To może być, dosyć nieoczekiwanie, jeden z najmocniejszych wyborczych pojedynków pomiędzy Barackiem Obamą i Mittem Romneyem. I byłoby dobrze gdyby tym razem można było skoncentrować się jedynie na Demokracie i Republikaninie, a nie na osobie prowadzącej to wyborcze starcie, jako że dziennikarze moderujący poprzednie debaty zaliczyli serię wpadek.

Moderatorem pierwszej debaty był Jim Lehrer z telewizji PBS. Nie potrafił on jednak zapanować nad Obamą i Romneyem, którzy cały czas, wchodząc sobie w słowo, przeszkadzali sobie w wypowiedziach, a w niektórych momentach właściwie ignorowali gospodarza debaty. Dziennikarz później tłumaczył się, że nie był zbyt pasywny, ale starał się „czynnie moderować” toczącą się debatę. – Moim zadaniem nie było kontrolowanie wypowiedzi kandydatów. Prowadziłem tę debatę aktywnie – mówił później Lehrer, ale media wydały już swój wyrok, orzekając, że to właśnie on jest prawdziwym przegranym debaty, a nie Obama czy Romney.

Podczas debaty wiceprezydentów z udziałem Joe Bidena i Paula Ryana było tylko trochę lepiej. Moderująca tę debatę Martha Raddatz z telewizji ABC nie dawała sobie co prawda wchodzić w paradę tak jak Lehrer, ale to właśnie na nią spadła część krytyki za zachowanie obecnego wiceprezydenta USA. Biden bowiem bardzo często przeszkadzał Ryanaowi, krztusił się ze śmiechu i ironicznie się uśmiechał podczas wypowiedzi Republikanina. Widzowie o republikańskich sympatiach twierdzili, że Raddatz powinna była wymóc na wiceprezydencie bardziej poważne zachowanie. Dziennikarkę krytykowano jednak także za to, że zadając bardziej szczegółowe pytania bardziej naciskała na Ryana, niż na Bidena.

Najgorzej było jednak podczas drugiej debaty prezydentów, która odbyła się 16 października. Prowadzącej  ją dziennikarce Candy Crowley z CNN zarzucono bowiem brak bezstronności i pomaganie prezydentowi Obamie, zwłaszcza przy pytaniu dotyczącym zamachu na amerykańską ambasadę w Libii. Co więcej, Crowley przeszkadzała Romneyowi w niektórych odpowiedziach na zadane pytania, a w ogólnym rozrachunku wyszło, że więcej czasu na odpowiedzi miał Obama (44 min 4 sekundy) niż Republikanin (40 min 50 sekund).

Pochodną niskiej oceny pracy dziennikarzy moderujących debaty stało się już na masową skalę zjawisko fact-checkingu, czyli dokładnego sprawdzania przez innych dziennikarzy tego, który z kandydatów mijał się z prawdą w swoich odpowiedziach. Tak czy inaczej, ostre wypowiedzi w mediach na temat prowadzących debat dziennikarzy, stały się trwałym elementem tegorocznej kampanii wyborczej. Czy prowadzącemu ostatnią debatę prezydencką Bobowi Schiefferowi uda się zatrzeć złe wrażenie, jakie pozostało po pracy jego kolegów po fachu?  O tym przekonamy się już dziś wieczór.

Wpadka na wiecu. Przyszło tylko 10 osób

Sandra Fluke, kobieta, która kilka miesięcy temu stała się bohaterką mediów, zaliczyła spora polityczną wpadkę. Fluke, która odwiedza amerykańskie miasta i zachęca wyborców do głosowania w wyborach na Baracka Obamę, udała się ostatnio do Nevady, gdzie na jej wystąpienie przyszło…10 osób.

Kobieta stała się sławna, gdy w lutym konserwatywny radiowy dziennikarz Rush Limbaugh nazwał ją prostytutką, po tym jak stwierdziła ona, ze władze federalne powinny współfinansować zakup środków antykoncepcyjnych. Przez media przetoczyła się wtedy prawdziwa burza, a Limbaugh stracił sporo w oczach opinii publicznej.

Fluke nie może uznać wiecu wyborczego w mieście Reno za udany. Jak jednak podkreśliła, zrobi wszystko, co w jej mocy, by zapewnić zwycięstwo Barackowi Obamie w listopadowych wyborach prezydenckich. Fluke planuje wygłosić przemówienia do wyborców także w innych swing states – w Kolorado, Iowa, New Hampshire i na Florydzie.

Wyborcze tournee Fluke Sotro krytykują Republikanie. – Przed kobietami stoi oczywisty wybór, ponieważ Barack Obama zawiódł nadzieje milionów ludzi – oświadczyła Andrea Saul, rzeczniczka prasowa Mitta Romneya.

Leo Horishny, jedne z uczestników 10-osobowego wiecu wyborczego, powiedział, że chciał na własne oczy zobaczyć osobę, którą „media zastraszały z powodu jej poglądów”. – To przerażająca nowa moda. Uważam, że Sandra jest odważną kobietą – stwierdził po zakończeniu spotkania.

Nowa choroba. Cierpi na nią znany polityk

Barack Obama i Joe Biden zaatakowali Mitta Romneya, zarzucając mu, że w ostatnim czasie bardzo często zmienia poglądy. – Romney najwyraźniej cierpi na „Romnezję” – oświadczył prezydent USA. Kilka godzin później ten sam zarzut potwierdził amerykański wiceprezydent.

Obama powiedział, że Romney zmienia zdanie wtedy, gdy mu się to politycznie opłaca. Republikanin w ostatnim czasie złagodził ton swoich wypowiedzi w kwestiach społecznych, a zwłaszcza w sprawie aborcji. Kilka miesięcy temu Romney, starając się pozyskać głosy konserwatywnego skrzydła Partii Republikańskiej, wygłaszał kategoryczne stwierdzenia np. na temat środków antykoncepcyjnych, po to, by nie podejrzewano go o zbytni liberalizm. Zaczęło się to jednak zmieniać w okolicach pierwszej debaty prezydenckiej na początku października, gdzie Romney, za rada zony i syna, zaprezentował się jako ludzki kandydat, rozumiejący problemy przeciętnego Amerykanina. To właśnie do tego momentu zaczął on doganiać, a nawet przeganiać, w sondażach Baracka Obamę. Prezydent USA postanowił jednak przypomnieć, że poglądy jego konkurenta zmieniły się w porównaniu początkiem kampanii wyborczej.

- Prezydent znalazł nowe określenie dla osób, które mają zdolność szybkiej zmiany poglądów. To „Romnezja” – powiedział z kolei Biden podczas wiecu wyborczego na Florydzie. – Mam nadzieję, ze wy jednak nie zapadniecie na „Romnezję” – dodał, zwracając się do obecnych na wiecu ludzi.

Biden ostrzegł także Amerykanów przed ową „chorobą”. – Uważajcie, bo „Romnezja” jest zaraźliwa. Paul Ryan, budżetowy jastrząb, facet, który próbuje przepchnąć swój plan przez Izbę Reprezentantów, nawet tego nie pamięta – podkreślił wiceprezydent, przypominając, jak Ryan zmienił ton wypowiedzi na temat budżetowych oszczędności.

Termin „Romnezja”, który robi już karierę w amerykańskich mediach, stanie się z pewnością stałym elementem politycznego języka w Stanach Zjednoczonych. .

  • Przemysław Henzel

    Image and video hosting by TinyPic
    Dziennikarz Onetu, amerykanista. Fan piłki nożnej, hip-hopu i Bon Jovi. Jak film to z udziałem Charlize Theron.
  • Kalendarz

    Grudzień 2017
    P W Ś C P S N
    « cze    
     123
    45678910
    11121314151617
    18192021222324
    25262728293031