- Jeśli ktoś się nie boi, to jest głupi. Nie wiadomo było, kto ma broń. Zginąć można było za kilkadziesiąt centów. Baliśmy się, ponieważ dochodziło wówczas do pierwszych ataków na białych ludzi ONZ. Do tego doszły potężne wstrząsy wtórne. Na każdym kroku widzieliśmy śmierć i ludzki ból. Siedzi mi to w głowie cały czas – mówi w rozmowie z Onetem Marcin Wrona.

Korespondent „Faktów TVN” z Waszyngtonu w specjalnym wywiadzie dla Onetu w ostrych słowach wypowiada się na temat Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i przyznanym mu w 1999 roku tytule Hieny Roku, opowiada o codziennym życiu zagranicznego reportera i przypomina najniebezpieczniejsze chwile, które przeżył w USA.

Marcin Wrona o wyborach w USA:

Największe zaskoczenie:

- W wyborach zaskoczyło mnie to, że mimo dużego bezrobocia i mimo braku zmiany sytuacji, wygrał Barack Obama. Tego nie potrafię zrozumieć. Republikanie musieli coś po drodze potwornie schrzanić. Obama wygrał drugą kadencję przy tak potężnym bezrobociu. Rozmawiałem z kolegą, który zagłosował na obecnego prezydenta, mimo iż uważa, że sprawy wcale nie idą w dobrą stronę. Bał się jednak Mitta Romneya. Demokratom udało się pokazać Mitta Romneya jako faceta, którego należy się bać.

O tym, że Republikanie to partia „białych”:

- Republikanie starają się z tym walczyć. Gubernator Luizjany Bobby Jindal i Susana Martinez z Nowego Meksyku „wsiedli” na Mitta Romneya za to, że w rozmowie z dobroczyńcami jego partii i kampanii powiedział, że mniejszości zagłosowały na Obamę dlatego, że ten obiecał im prezenty. To, ich zdaniem, problem Republikanów i muszą poszerzać swoją bazę. Białych Amerykanów jest coraz mniej, a oni muszą walczyć o tych, jak powiedział Jindal, którzy „wyglądają inaczej niż politycy Republikanów”. Skoro mówi to potomek imigrantów z Indii i latynoska – o czymś to świadczy.