Nie miał prawa przegrać. „Jest jak osiemsetfuntowy goryl, który robi, co mu się podoba” – mówił jeden ze współpracowników prezydenta. Gerald Ford miał wygraną w debacie o sprawach zagranicznych w kieszeni. Nie wierzono, że nieznany nikomu „peanut farmer from Georgia” (uprawiający orzeszki ziemne farmer ze stanu Georgia) będzie w stanie zagrozić amerykańskiej głowie państwa. O Jimmym Carterze pisano z przekąsem Jimmy „The Who?” (Jimmy „Kto?”). Nikt się jednak nie spodziewał, że jedno zdanie wypowiedziane w czasie debaty o sprawach zagranicznych będzie w stanie zmienić bieg kampanii.

Debata przyciągnęła tłumy. Padł rekord

Jest 1976 rok. Zimna wojna trwa w najlepsze. Obóz Jimmy’ego Cartera ze Zbigniewem Brzezińskim na czele, doradzał kandydatowi Partii Demokratycznej podkreślanie tzw. trzeciego koszyka helsińskiego Aktu Końcowego Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie z 1975 roku i niewykorzystanie stwarzanych przez niego możliwości przez Partię Republikańską. Poszanowanie praw człowieka miało stanowić poważny argument, że w owym czasie, zdaniem Brzezińskiego, strefy wyłącznych wpływów nie miały już historycznego uzasadnienia. Terminu „trzeci koszyk” nie znało większość Amerykanów, dlatego w tym upatrywano szansę Cartera.

Konfrontację w San Francisco miało obejrzeć między 80 a 100 mln Amerykanów. Łącza satelitarne powiększyły widownię do 300 mln ludzi na całym świecie. Od czasów lądowania Neila Armstronga na Księżycu, żaden program nie przyciągnął liczniejszej widowni.

Wpadka i głęboki oddech tłumu

Prowadzący debatę Max Frankel był wcześniej korespondentem „New York Timesa” w Moskwie. Brzeziński słusznie przewidział, że jeśli Carter wspomni o „trzecim koszyku”, dziennikarz zapyta Forda o linię obrony w kwestii polityki „detente” („odprężenia”). Wydawało się, że to będzie najmocniejsza broń urzędującego prezydenta. Nikt, nawet sztab wyborczy Demokratów, nie spodziewał się, że kilka chwil później jedno zdanie zmieni bieg kampanii i sprawi, że Jimmy „The Who?” przechyli ostatecznie szalę wyborczego zwycięstwa na swoją stronę.

- Nie ma żadnej radzieckiej dominacji w Europie Wschodniej i w czasie administracji Forda jej nie będzie – powiedział prezydent. Po wypowiedzi Forda zapadła cisza. Obserwujący z boku doradca Republikanów Brent Scowcroft ponoć zbladł. James Naughton z „New York Timesa” napisał, że „można było usłyszeć głęboki oddech” tłumu. Frankel z niedowierzaniem zapytał, czy dobrze zrozumiał, że Sowieci nie wykorzystują Europy Wschodniej jako swojej strefy wpływów. Ford pogrążył się twierdząc, że nie wierzy w to, że Polacy uważają się za naród zdominowany przez Związek Radziecki. Plany ukazania Cartera jako tego, co nie zna się na sprawach zagranicznych legły w gruzach.


Nie ma o co walczyć?

Trudno przypuszczać, że w ostatniej debacie prezydent Obama lub Mitt Romney popełnią podobną gafę. Wtedy był jeden główny temat: Związek Radziecki. Dziś Romney może zaatakować prezydenta obarczając go winą za śmierć ambasadora USA w Libii i zbyt łagodną politykę wobec Iranu. Z kolei Obama zapewne podkreśli realizację swoich obietnic z 2008 roku. Chodzi o zakończenie wojny w Iraku, stopniowe wycofywanie wojsk z Afganistanu do 2014 roku i eliminacja grupy terrorystów z Osamą Bin Ladenem na czele. Problem ostatniej debaty może jednak polegać przede wszystkim na tym, że w wielu kwestiach dotyczących spraw zagranicznych, poglądy obu obozów są zbieżne. Jest więc o co się wykłócać?